Krótka historia o telefonie. Dzwoń do mamy nie tylko 26 maja

Styczniowe zabieganie. Nowa praca, nowe obowiązki, osobiste porażki. Etiuda w stylu Blue Monday grana cały styczeń. Ja, ja i ja. I tak od końca starego roku do wczoraj.

Wczoraj po raz kolejny wychodząc z biura po godzinach, po raz kolejny prawie płacząc dzwonię radośnie do mamy. Dawno nie dzwoniłam. Tydzień już nie dzwoniłam. Trochę się pożalić, trochę żeby posłuchać, co dzieję się w Polsce B.

Z dala od KODowców i tych, co NIE kodują, od moich studentów, którzy nie czytają zadanych lektur (i w sumie się nie dziwię), od roboty, której do końca nie ogarniam, od nieudanych prób stabilizacji i zalegających lektur na parapecie, do tego całego stołecznego syfu, który uderza razem z pogodą ze wzmożoną siłą.

Dzwonię do mamy. W ateistycznym światku jak trwoga, to do mamy. Ale mama nie odbiera, trzpiotka jedna. Pewnie znowu przyszła sąsiadka i odsunęła moją najukochańszą mamę od czarnej skrzynki marki LG, na którą nagrywam całe swoje życie.

Oczywiście, jak prawdziwa zakompleksiona egocentryczka, dzwonię też dlatego, że nie odebrałam połączenia o 13:05 od mojej rodzicielki. Nie odebrałam, bo byłam przejęta nową strategią wizualną projektu, który w sumie niewiele mnie obchodzi.

Po trzeciej próbie postanawiam zaatakować na drugim froncie. Zazwyczaj trzy nieodebrane połączenia oznaczają focha i wysyłane telepatycznie „nie odebrałaś, nie odzywasz się”. Zapobiegawczo wybieram numer taty. Memory fajf.

Tata odbiera i na pytanie czemu nie odbiera moja rodzicielka mówi: „No przecież mama jest w szpitalu. W niedzielę ją zawiozłem. Teraz już pewnie ją przygotowują do operacji”.

Zapomniałam.
Przez milion nieistotnych spraw zapomniałam o operacji najważniejszej osoby. Ot, tak wypadło mi z głowy, że ktoś zamierza otworzyć brzuch, z którego wyszłam i sobie w nim grzebać, przekładać rzeczy jak klocki lego zapewniając, że jest w tym naprawdę dobry.

Zapomniałam, bo byłam tak zajęta swoją samotnością i bezsilnością wobec nadmiaru obowiązków i niedomiaru szczęścia. Zapomniałam zadzwonić w tygodniu, bo przecież praca, treningi, zdrowa dieta, studenci i medytacje. Zapomniałam zadzwonić w sobotę, bo szłam ku demokracji Krakowskim Przedmieściem. Zapomniałam w niedzielę, bo pracowałam nad zaległymi tekstami i odsypiałam męczący tydzień. Zapomniałam, bo wszystko było bardziej absorbujące niż trzydziestosekundowa myśl o domu.

Po rozmowie z tatą, jako prawdziwa humanistka – panikara, stwierdziłam, że muszę usłyszeć głos mamy. Na filmach zazwyczaj w takich momentach następna scena jest tą druzgoczącą. Zadzwoniłam więc na dyżurkę oddziału z czystą intencją, żeby ktoś chociaż poszedł i przekazał Pani w piątce, że dzwoniła córka, że śle miłość i trzyma kciuki. Pal licho, dzwoniłam, żeby moja mama wiedziała, że jednak o niej myślę.

Nikt nie odebrał, ani za pierwszym ani za 23 razem.

Nie ma tu winy służby zdrowia, karma wraca jak chce.

A ja teraz wyjątkowo "niezajęta" całym swoim swoim swoim i tylko swoim życiem, czekam na życie po drugiej stronie słuchawki.




P.s.
Zadzwoń do mamy, serio.
Trwa ładowanie komentarzy...